28.12.2011 r. środa
Dowiedziałam się Panie, że kolejni nasi znajomi się rozwodzą...Jakieś nieporozumienie, jakieś pretensje i od razu pozew w sądzie... żadnej rozmowy, żadnego wysiłku, żeby coś wyjaśnić, żadnego trudu i troski o ratowanie związku. Związku, w którym są już dzieci. Tylko egoizm, tylko własna racja uparcie broniona jako ta niepodważalna, nieomylna i jedyna....A przecież się kochali. Ślubowali sobie miłość na dobre i na złe... Przyrzekali Tobie... I oto pierwsze schody, pierwsze niepowodzenia i brakuje sił, by je pokonać. Powiedziałabym nawet, że nie tyle sił brakuje, co chęci...Jakaś idiotyczna duma zawisła w powietrzu i blokuje jakiekolwiek działanie...To takie smutne, że nie potrafimy wybaczać, nie potrafimy przyznać się do błędu, przeprosić, zapomnieć urazy...
Dążymy do szczęścia, ale chcielibyśmy dostać je na talerzu...podane, gotowe, wieczne...Pragniemy miłości, ale tylko na naszych warunkach...Życzymy sobie małżeństwa, które będzie idealne, życia, które będzie łatwe i przyjemne. Tymczasem bywa różnie. Prawdziwa miłość wymaga poświęceń, rezygnacji z własnego „ja”, pokory i wyrozumiałości wobec wad drugiej osoby, a przede wszystkim szacunku i wsłuchiwania się w potrzeby współmałżonka. Miłość chce obdarowywać, a nie brać tylko, i czerpie prawdziwą radość z dawania. Miłości uczymy się całe życie. Uczymy się ją okazywać, ale i rozmawiać o niej....
Miłość jest słodka, ale prawdziwa miłość zawsze wiedzie na krzyż i wiąże się z cierpieniem. Twoja miłość Panie do nas, zaprowadziła Cię na Golgotę, znosiła upokorzenia i urazy, bo Twoja miłość patrzyła głębiej.
31.12.2011 r. sobota
…Zabrakło mi ostatnio czasu, by dokończyć myśl...Ktoś przyszedł i musiałam przerwać pisanie...a dziś już 31.12.2011-ostatni dzień roku, ranek. Dzieci śpią jeszcze , a ja już po spotkaniu z Tobą w Eucharystii i moje myśli pełne Ciebie. Wysupłuję kolejną chwilę w napiętym grafiku dnia na to, by zajrzeć w głąb siebie Twoimi oczami; na to, by się przed Tobą otworzyć.
I znów mnie zaskakujesz Panie, składając w jedną całość to, co ja nieporadnie i chaotycznie próbuję ogarnąć rozumem.
Rozmyślałam ostatnio o tych małżeństwach, które się rozpadają, o tych parach, które nie chcą już być razem. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego to zjawisko staje się tak powszechne? Jak im pomóc? Co powiedzieć? A może lepiej nic nie mówić? Nie wtrącać się, zapłakać tylko? Jak wychować własne dzieci, by w przyszłości umiały sobie poradzić w kontaktach z innymi ludźmi? Jak przekazać im te najważniejsze wartości? Jak nauczyć miłości, szacunku, odpowiedzialności, pokory? Jak zbliżyć je do Ciebie, byś był dla nich warościa największą, świętą?
Ale Ty, Panie, zawsze przychodzisz z odpowiedzią. Wyjaśniasz moje wątpliwości w sposób tak bardzo konkretny, a jednocześnie delikatny i czuły. Rozbrajasz mnie Swoją dobrocią. Nie mogę znaleźć słów, by wyrazić Ci wdzięczność za to, że Ty nieustannie jesteś przy mnie i mówisz do mnie. Wczoraj dałeś mi odpowiedź, stawiając za wzór Świętą Rodzinę. Twoją Matkę pełną prostoty i pokory, a jednocześnie odważną i konsekwentną. Swojego opiekuna, Józefa zatroskanego, odpowiedzialnego, pracowitego. Dwoje ludzi, którzy mogli liczyć na siebie w każdej sytuacji. Którzy się wspierali w trudnościach i darzyli szacunkiem. Których miłość widoczna była w czynach pełnych oddania. Ich życie wcale nie było sielanką. Przeciwnie, ciągle zmagali się z trudnościami. Już z miejscem na narodzenie Dziecięcia był kłopot. Dziś to nie do pojęcia, by któraś z nas-matek, miała się znaleźć w takiej sytuacji. Przecież postawilibyśmy na nogi cały szpital, zwołali telewizję, podnieśli krzyk, że nikt nie chce pomóc rodzącej kobiecie?
A ucieczka przed Herodem? A zagubienie Jezusa i kilkudniowe poszukiwanie? Co wtedy czuła Maryja? Co ja bym czuła? Jak ja bym to przeżywała? Zgubiło się dziecko? Gdzie jest? Co robi? Czy jest bezpieczne? Czy odnajdę je zdrowe? A może obwiniałabym męża, że mógł je lepiej pilnować? Męża, albo wszystkich wokół?...A oni z troską szukali Jezusa bez kłótni i obwiniania. Byli dla siebie wsparciem.
No i jest jeszcze Jezus-dziecko. Posłuszny rodzicom: pomaga Józefowi, spełnia prośbę Matki na weselu w Kanie Galilejskiej. Uczy nas szacunku i miłości.
I rodzi się pytanie, dlaczego udało się im stworzyć taką rodzinę? Dlaczego ich miłość była czysta i piękna? Dlaczego Józef nie oglądał się za innymi kobietami, a Maryja nie była udręczoną kurą domową? Dlaczego Jezus jako dziecko nie wyrzucał swoim rodzicom, że musi im pomagać i żyje skromnie?... Bo w ich życiu obecny był Bóg. Bo w ich rodzinie Bóg był najważniejszy. Bo każdą sprawę swojego życia, każdą wątpliwość, która rodziła się w sercu, każde zatroskanie, każdą radość powierzali Bogu, a On napełniał ich pokojem. Bo mięli świadomość tego, że życie ziemskie jest tylko cząstką tego życia, które przygotował dla nich Bóg. Cząstką pełną trudu i cierpienia, cząstką nieustannej walki z przeciwnościami i złem. Ale nawet w tej najgorszej cząstce potrafili osiągnąć szczęście.
Bo szczęscie to nie sielanka, ale radość z drobiazgów. Bo szczęście to nie dobrobyt, ale obecność i miłość drugiego człowieka. Bo szczęście to nie gonitwa za marzeniami, ale pogodne przyjmowanie swojego losu.
Dziękuję Ci, Panie za moją rodzinę. Za mojego męża, za nasze dzieci. Za to wszystko, czym zechciałeś nas obdarzyć.Za naszą codzienność, a przede wszystkim dziękuję Ci za to, że Jesteś.
Ania| « poprzednia | następna » |
|---|









